Kostrzewski z zespołem Kat tamtego wieczoru zagrał w kieleckim klubie Woor. Frontman kultowej już polskiej grupy metalowej sprowadził na to miejsce stężenie mroku wynoszące jakieś 120 procent, a właściciele pubu obawiali się, że tego stanu nie odmieni nawet sobotni koncert kieleckiego rapera Tau, który mocno identyfikuje się z wiarą chrześcijańską.
Bo w piątek Roman miał w sobie tę moc. Dar zbliżania do siebie ludzi, energię i charyzmę, jaka potrzebna jest każdemu wokaliście. Gdzieś w komentarzach przeczytałem, że do Woora przyjechał św. Mikołaj. Coś w tym jest, bo stary i mocno posiwiały Roman Kostrzewski z brzusiem znacząco odbiega od wyglądu, jaki uwieczniony został na znanym zdjęciu z Metallicą w 1987 roku.
Teraz jedyne, co może go odmłodzić, to koszulka Decapitated, no i oczywiście kawał fajnego głosu, z którego wokalista Kata potrafi zrobić użytek. Zdaje się, że Roman jest jak wino. Im starszy, tym lepszy. Byłem na ich koncercie 5 lat temu, wtedy nie wywarł na mnie takiego wrażenia. A repertuar zagrali ciekawszy, niż w piątek.
Strasznie mi było żal, że nie zagrali nic z „Szyderczego Zwierciadła”. Moja ukochana płyta nawet w części nie zagościła w kieleckim klubie. Cmok Cmok…, Łoże wspólne…, Oczy słońc – bez sensu wymieniać dalej, bo i smutek większy.
Co się stało z Odi Profanum Vulgus? Przecież to jakby Metallica nie zagrała Master of Puppets, Slayer Raining Blood, Pantera Walk, a Bracia Figo Fagot Wóda zryje banie. Tego kawałka mi zabrakło. To było absolutne MUST HAVE.
Ale za to mieliśmy Mordercę, Czas zemsty, Wyrocznię, Czarne zasępy, Mag-Sex, a także Łzę dla cieniów minionych. Ostatni z wymienionych przeze mnie kawałków wyszedł FENOMENALNIE!
To był dobry koncert, szkoda że nie zdecydowało się przyjść na niego zbyt wiele osób. Ponoć sprzedało się około 140 biletów. Jak na Kata to trochę za mało. Ale trzeba postawić sprawę jasno – wejściówki do najtańszych nie należały.
A Kat? Pomimo upływu lat wciąż prażą solidne imprezy. Gig złożony z 18 kawałków to całkiem długi set. Ale nie dłużył się, a kielecka publiczność udowodniła, że starego dobrego metalu wciąż słucha z przyjemnością.
Imię „Roman” może jest już niemodne, za to Roman Kostrzewski, mimo upływu lat, wciąż w modzie.
Ocena redakcji: 8/10
