Zacznijmy od początku, a tutaj… no właśnie nie wiem co. Naprawdę nie mam się za bardzo do czego przyczepić. Więc może na pierwszym miejscu złożę pokłony w kierunku pana od nagłośnienia. Widać było, że zna się na tym, co robi. Nie zajmował jedynie pozycji przy konsoli, praktycznie bez przerwy biegał znad miksera pod scenę, i z powrotem. Odwalił kawał dobrej roboty.
Następna kwestia na ogromny plus dla kapeli – orkiestra dęta. Bardzo miłe i sympatyczne brzmienie, nie było słychać rozdzieranej blachy, czy pękających tłoczków. Grali równo, czysto i nie zagłuszali innych. Może tylko solówka saksofonisty była trochę za cicha i zbyt mało finezyjna. Popisy trębacza były już bardziej wyraziste i skomplikowane. Dźwięk instrumentów był zaskakująco dobry. Sam gram na dęciaku i wiem jak ciężkie jest utrzymanie dobrego solidnego tonu przez godzinę, czy półtorej.
Kolejne pochlebstwa kieruje w stronę perkusji. W pamięci zapadł mi szczególnie jeden rytm z którejś z pierwszych piosenek. Był on odrobinę nieregularny, szczerze mówiąc nie spodziewałem się czegoś takiego po muzyce z tego nurtu. Nie jestem bębniarzem, jednak moim zdaniem perfekcyjnie nastrojone bębny brzmiały doskonale, do spółki z basem i gitarami.
Z kolei sześciostrunowce też zasługują słowa uznania. Poza oklepanymi rytmami, na uwagę zasługiwały solówy obydwu muzyków. Grane były z wyczuciem i nieprzesadną komplikacją. Doskonale uzupełniały luki pomiędzy sekcją rytmiczną i dętą. Wychwyciłem nawet jeden popis w duecie, który był zgrany bardzo dobrze i sprawiał wrażenie w ogóle niezamierzonego.
Mimo tego, że muzyka reggae nie jest na pierwszych miejscach mojej listy TOP, jednak Tabu zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie.
Osobista opinia? Chłopaki odwalili kawał dobrej roboty. Zwolennikom bujania się na kolanach polecam bardzo gorąco.
