Uzależniony od muzyki… Rozmowa z Peterem J. Birchem

MF: Rozmawialiśmy prawie dwa lata temu, tuż po Twoim koncercie w Kielcach. Od tego wydałeś nową płytę, za chwilę premierę będzie miała kolejna „The shore up in the sky”. Do tego koncerty w różnych zakątkach Europy, dzieje się?

PB: Staram się nie zwalniać tempa. Żyję muzyką. Jestem od niej uzależniony. Dlatego kiedy wychodzi nowa płyta, pracuję już nad kolejnym materiałem. Pomiędzy tym wszystkim jest jeszcze bardzo dużo koncertów. Dopóki jest wena to uważam, że trzeba to wykorzystywać. Zobaczymy jak długo to potrwa.

Nowa płyta została nagrana „za jednym zamachem” z udziałem całego zespołu. Planowaliście to od początku, czy „wyszło w praniu”?

Na początku planowałem, że jak zwykle wejdę sam do studia i najwyżej zaproszę kilku gości. Potem Przemek „Perła” Wejmann, producent albumu, polecił mi chłopaków z zespołu Two Timer. Powiedział, że świetnie grają i że jeśli potrzebowałbym zdolnych muzyków, to oni byliby chętni. Znałem już gitarzystę – Ernesta Kałaczyńskiego, który raz organizował dla mnie koncert w Poznaniu. Przemyślałem sprawę, bardzo chciałem nagrywać „na setkę”, więc umówiliśmy się na próbę. Przyjechałem, praktycznie zacząłem grać, oni się podłączyli i tak w dwa dni nagraliśmy na dyktafon w telefonie szkice bodajże dziewięciu utworów. Miało być tego pół na pół – część miałem nagrać solo i część z zespołem, ale nasze naturalne zgranie i kompozycje, które przyniosłem, poszły w kierunku całego bandu. Dlatego zdecydowałem, że tak też to zarejestrujemy.

Po bardziej elektronicznej, eksperymentalnej „Yearn” teraz można powiedzieć wróciłeś w „swoje” klimaty…

Właśnie piękne jest to, że nikt do końca nie wie, jakie są moje klimaty. Lubię różne i nie boję się ich przedstawiać na kolejnych albumach. Przyznaję jednak, że bardzo zatęskniłem za żywymi instrumentami. Ta możliwość grania i śpiewania na żywo jak robili to Neil Young czy Bob Dylan to było spełnienie marzenia. Ale także wielkie wyzwanie, przede wszystkim dla mnie i dla „Perły”, który obawiał się, czy podoła z realizacją nagrań w swoim studiu. Odwalił jednak kawał dobrej roboty, tak samo jak fantastyczni chłopcy i goście, którzy mi towarzyszyli. Bardzo im za to dziękuję.

W nagraniu płyty oprócz Ciebie wzięli też udział goście – m.in. Ania Brachaczek i CeZik. Czy możesz zdradzić naszym czytelnikom coś więcej na temat ich udziału? Będziecie z CeZikiem śpiewać duet? 🙂

(Śmiech) Nie. Powiem Ci nawet, że pewnie nikt się nie zorientuje, gdzie i w jakiej postaci pojawił się CeZik. Jego epizod trwa jakieś 7 sekund, ale jest bardzo wyraźny i doskonały! Poprosiłem go o pomoc. Mieliśmy miejsce na krótką solówkę, ale chcieliśmy uciec od tradycyjnych rozwiązań w tym rock’n’rollowym numerze. Czyli gitara lub harmonijka odpadła. Był pomysł na trąbkę, ale kiedy raz na próbie zaimprowizowałem taką udawaną trąbkę ustami, chłopaki uznali, że to świetny patent i trzeba tak nagrać. Jednak w studio nie miałem pomysłu, średnio to czułem, więc bezzwłocznie zadzwoniłem do CeZika. Ten jakiś czas potem wysłał mi dwie propozycje, z których wybrałem tę która ostatecznie została na płycie. Chodzi o pierwszy kawałek – „Wake Up Louisiana!”. Ania Brachaczek i Gosia „Siara” Witkowska śpiewają tam chórki. Nie chciałem znowu robić wszystkich chórków sam, potrzebowałem innej barwy głosu i udział dziewczyn był strzałem w dziesiątkę. Dlatego miks naszych chórków brzmi razem naprawdę świetnie i znalazł się w bodajże dwóch utworach. Nie można jeszcze zapomnieć o Leszku Laskowskim, który ponownie zagrał na pedal steel (wcześniej jego liczne partie można usłyszeć na „When The Sun’s Risin’ Over The Town”) tym razem tylko w jednym utworze – „New Prince”. I jeszcze Magdalena Mateja i Anna Papierz, które poleciła mi moja koleżanka Alicja Herma. Dziewczyny zagrały odpowiednio na skrzypcach i wiolonczeli na końcu utworu „Old Fashioned Hollywood”.

111111jbruch

Ilość Twoich koncertów rocznie robi wrażenie. Można powiedzieć, ze jesteś jednym z bardziej zapracowanych polskich muzyków. Ostatnio na Twoim celowniku znalazła się Ukraina. Nie miałeś obaw jechać do kraju, w którym toczy się wojna?

Kiedy jechałem tam po raz pierwszy w marcu owszem – bałem się. Ale szybko rozwiałem swoje obawy. Poza tym nie graliśmy na terenach gdzie nadal toczą się działania wojenne. Dotychczas zagrałem na Ukrainie 17 razy – w centralnej i zachodniej części kraju. Śladów wojny praktycznie nie widzieliśmy.

Jak byłeś tam przyjmowany? Dużo ludzi przychodziło na koncerty?

Różnie z tym było, jak wszędzie. Choć muszę przyznać, że zaskoczyłem się bardzo pozytywnie odbiorem i entuzjazmem ludzi. Po koncertach bardzo często robili sobie ze mną zdjęcia i prosili o autografy. Dla nich moja muzyka jest czymś rzadkim. Tam coś takiego jak scena folkowa nie istnieje. Nie ma też solistów z gitarami śpiewających po angielsku. Jest tylko Sasha Boole i długo, dlugo nic… ale powoli inni artyści próbują tak grać. Na Ukrainie widać postępy pod wieloma względami.

Był czas na rozmowy ze zwykłymi ludźmi? Jak oni odnajdują się w tej rzeczywistości? Co myślą o Polakach?

Jak najbardziej. Codziennie spotykałem nowych ludzi i z wieloma rozmawiałem. Są bardzo podobni do nas. Typowi Słowianie. Są naprawdę radośni, mimo całej sytuacji z wojną. Starają się nie przytłaczać tym tematem i cieszyć życiem. Są bardzo gościnni i otwarci. Nas bardzo polubili i myślę, że takie też mają nastawienie do Polaków.

Oprócz Ukrainy, ostatnio koncertowałeś też w Mołdawii i na Białorusi. Jest zainteresowanie polskimi artystami na wschodzie?

Wróciliśmy stamtąd prawie dwa tygodnie temu. W Mołdawii koncert był raczej bez historii, ale było ok. Na Białorusi pierwszy odbył się w barze, gdzie było sporo ludzi i wielu z nich po koncercie dziękowało za występ osobiście i potem jeszcze na Facebooku. Na ostatnim niestety było zaledwie 8 osób, więc ciężko coś więcej powiedzieć. Ludzie, których tam poznaliśmy, zrobili na nas bardzo pozytywne wrażenie. Jednak sama podróż, a szczególnie granica to był koszmar. Najprawdopodobniej nigdy tam nie wrócę bo nie sądzę, że coś się zmieni, że Białoruś dołączy np. do Unii Europejskiej. Źle traktuje się tam przybyszy z zachodniej Europy.

Cała Twoja jesienna trasa to poza kilkoma wyjątkami zagranica. Dlaczego?

Tak jakoś wyszło. W sumie to bardziej pytanie do Bartka Borowicz, czyli „Borówy”, mojego managera. Coraz więcej jest tych występów zagranicą. W zasadzie ostatnio Borówka wyliczył, że już prawie 100 razy tam zagrałem, w 18 krajach Europy. Jestem z tego powodu dumny i szczęśliwy. Gdzie nie gdzie zdarza się, że ludzie byli już wcześniej na koncercie lub znają moją muzykę i płyty. To bardzo zaskakujące, ale jednocześnie miłe. Czyli są jakieś efekty. Nie oszukuję się jednak. Gram muzykę niszową z punktu widzenia Polaków, dlatego raczej nie spodziewam się tłumów na koncertach, czy tysięcy sprzedanych płyt. Jeśli tylko będę w stanie nadal to robić, a kocham to robić i będę w stanie z tego jakoś żyć, to będę szczęśliwy.

Twój pseudonim i repertuar nie wskazuje, że jesteś Polakiem. Czy ludzie na koncertach zagranicą zdają sobie w ogóle sprawę, że jesteś Polakiem z krwi i kości, a nie gościem z dalekiej Ameryki? 🙂

Jedni o tym wiedzą bo sprawdzili, inni jednak nie mają pojęcia i bardzo często zdarza się, że myślą, że przyjechałem z USA, albo że teraz po prostu mieszkam w Polsce. Ostatnio było sporo takich pomyłek i dużo osób chwaliło też mój akcent i język, co mnie akurat cieszy, bo nadal nie jestem mistrzem angielskiego. Ale zrobiłem jakiś postęp. Oczywiście nie ukrywam, że jestem Polakiem, więc szybko sprawa zostaje wyjaśniona, często ku dużemu zdziwieniu ze strony słuchaczy. Bywają zabawne sytuacje.

A jak to wszystko przekłada się na zainteresowanie w Polsce?

Raz jest lepiej, raz gorzej. Jak to w życiu. Od ponad 5 lat działamy wraz z Bartkiem bardzo intensywnie. Nie da się być cały czas młodym debiutantem, co akurat w dzisiejszych czasach jest chyba najbardziej pożądane. Staram się nie oglądać na innych, choć czasem się nie da. W końcu człowiek zawsze chce jak najlepiej, a ja oddaje się temu bez reszty. Jednak jedni się pojawiają, debiutują, znikają, a ja ciągle walczę i nie zamierzam odpuszczać. Mam nadzieję, że Bóg da mi jeszcze nagrać trochę dobrych płyt i zagrać trochę fajnych koncertów.

1123111ss

Zagrałeś już prawie 400 koncertów. Który wspominasz szczególnie, a może były jakieś zabawne, nieprzewidziane sytuacje z którymi spotkałeś się „na trasie”?

Cztery setny koncert właśnie się zbliża – wypadnie chyba podczas trasy w Niemczech, w którą ruszę w październiku. Ciężko to wszystko czasem zliczyć. Takich sytuacji również było całe mnóstwo. Dlatego nie potrafię przytoczyć teraz jednej konkretnej. Z najbliższych to raczej taka trochę negatywna, czyli koncert w Stuttgarcie kilka dni temu, przed którym na kilka ładnych godzin zacząłem się fatalnie czuć. Złapałem jakiegoś wirusa. Myślałem, że porzygam się na scenie, miałem dreszcze i gorączkę. Wiele razy grałem już w podobnym stanie (czy to z rozwalonym gardłem), ale tutaj naprawdę przez cały koncert myślałem, że go nie dokończę. To mnie bardzo denerwuje, bo nie jesteś w stanie nic zrobić, a przychodzą nowi ludzie, którzy być może przez taki występ nigdy już nie powrócą do Twojej muzyki. Dałem z siebie wszystko, sprzedałem kilka płyt i wielu ludzi było zachwyconych. Nie wiem jak to zrobiłem, naprawdę. Cudowna publiczność, życzyli mi zdrowia i dalszych sukcesów.

Uczestniczysz też w wyjątkowym projekcie grania koncertów w mieszkaniach. Jak to wygląda z Twojej perspektywy? Granie dla kilku-kilkunastu osób w kameralnym pomieszczeniu to chyba zupełnie inne przeżycie niż koncert klubowy…

Bardzo lubię kameralne koncerty, bycie blisko publiczności. Dlatego te trasy są też wyjątkowe na swój sposób. Szczególnie jest to inne przeżycie dla publiczności, która najczęściej znajduje się po raz pierwszy w takiej sytuacji. Poza tym gram całkowicie unplugged i to też często sprawia, że uczestnik koncertu ma wrażenie, że gram tylko dla niego. Przy okazji przychodzi do obcego mieszkania i jest ciepło przyjmowany. To jest piękna interakcja nie tylko między mną i publicznością, ale między ludźmi w ogóle. Na razie odbyłem dwie takie trasy, grałem tez pojedyncze takei koncerty w Londynie, Holandii czy Pradze. Zobaczymy czy formuła będzie się sprawdzać i czy co roku będę grał takie koncerty. Nie ukrywam, że w związku z formułą nowej płyty, chciałbym zagrać trochę koncertów z zespołem.

Przyjedziesz jeszcze kiedyś na koncert do Kielc?

Jak mnie zaprosicie, to wpadnę J Przy okazji odwiedzę rodzinę w Suchedniowie i Małogoszczu. W Kielcach zresztą też mam bliskie osoby.

Gdy rozmawialiśmy poprzednio wspominałeś, że masz plany nagrania czegoś zupełnie innego po polsku. Jak to teraz wygląda? Jest dalej szansa, że usłyszymy Petera Bircha jako Piotrka z Wołowa?

Naprawdę tak mówiłem? Hmm… Może kiedyś.

Rozmawiał: Michał Filarski

PETER J. BIRCH

Polska, Dania, Czechy, Belgia, Słowacja, Holandia, Wielka Brytania, Litwa, Łotwa, Włochy, Szwajcaria i Niemcy – w tych krajach koncertował. Ostatnio wystąpił na kilku dużych europejskich festiwalach (m. in. Openerze, OFF-ie w Polsce, Poke na Słowacji czy Melodica w Hamburgu) – zarówno solo, jak i ze swoim zespołem The River Boat Band. Łącznie zagrał już ponad 350 koncertów, a ma raptem 24 lata! Pochodzący z Wołowa (Dolny Śląsk) Peter J. Birch jest bez wątpienia jednym z najaktywniejszych polskich muzyków. Gra muzykę z pogranicza folku i country. W dorobku ma dwa albumy „When The Sun’s Risin’ Over The Town” (2013) i „Yearn” (2014), które zebrały świetne recenzje w polskiej i europejskiej prasie. Trzecia płyta wydana będzie jesienią.